Lanckorona

30,00 

ILOŚĆ SZTUK
Kategoria:
Bogdan Frymorgen (1962) – kurator i wydawca, autor albumów fotograficznych i wystaw, studiował anglistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Przez dwadzieścia cztery lata pracował dla Serwisu Światowego BBC. Mieszka w Londynie, jest korespondentem radia RMF FM. Współpracuje z wieloma instytucjami kulturalnymi w Polsce. Członek Związku Polskich Artystów Fotografików i rady nadzorczej Żydowskiego Muzeum Galicja w Krakowie.

Kilka lat temu Bogdan Frymorgen opublikował album fotograficzny o Lanckoronie. Teraz ubrał ją w słowa. Nie jest to jednak przewodnik ani esej historyczny. Autor zaprasza czytelników do bardzo intymnej przestrzeni, w której czas i życie mieszają się w równych proporcjach. Frymorgen kieruje mikroskop swojej prozy także na siebie i na rodzinną historię związaną z Lanckoroną. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku twórczości autora, rzeczy pozornie oczywiste nabierają nowego znaczenia. W ten sposób tytułowa bohaterka książki staje się pretekstem do szerszych rozważań na temat zjawisk, które w swojej bliskości mogą stać się odległe. Zawsze jednak pozostają uniwersalne – jak miłość i przyjaźń. „Lanckorona” to apoteoza miejsca na Ziemi i mikroskopijna oda do człowieczeństwa.

Bogdan Frymorgen powraca do Lanckorony. Dźwiga rodzinne tajemnice. Odkrywa je przed nami, bo przecież dobrze wie, że warto rozmawiać tylko o sprawach najważniejszych. Również, dzięki temu pisaniu, widzę wyraźniej zaprzeszłych ludzi i dawne zdarzenia. Frymorgen opowiada. Snuje wokół nas prawdy osobiste, które stają się uniwersalnymi. Tak, jesteśmy w tym samym kosmosie, tylko Autorowi otworzyły się oczy, otworzyły się uszy, bywa nieobecny dla „teraz”, ale bardzo skoncentrowany na „wczoraj” i „przedwczoraj”. Jest stamtąd. Współczuje prababci Wiktorii, pielęgnuje wdzięczność wobec dziadka, który rozkazał zająć się angielskim. Zawsze, bardzo blisko, są Matka i Ojciec, w swoich heroizmach i rozpaczach. Równie blisko i równie zawsze podąża za Frymorgenem Sena, tak pięknie nazwana i psem, i człowiekiem.

Powędrowałem dzisiejszej nocy przez Lanckoronę, tę która owocuje, tę, która się rozpadła, tę, której wtóruje piastowska historia, i tę, która jest wabikiem dla rozgorączkowanych turystów. Przekładam strony. Czas przesuwa wskazówki. Wiem, aż za bardzo, że takie noce bywają trudne, nakładają się wyobrażenia, czasami otwierają się zapomniane rany. W tamtym domu biegają kuny. Trzeba naprawić gont. Oczyścić ogród. Uratować pobitego Szoszona. Przysiąść na stuletnim taborecie. Odgonić się przed nawałnicą, jeszcze raz skleić wargi, ukradkiem zapalić papierosa. Wiele planów otworzył przed nami drobiazgowy i uważny Autor. Wszystkie wywodzą się z miłości, ale wiodą samodzielny żywot. Miniaturki zamknięte w miniaturze. I tak bez końca. Dalej i dalej. Tam. Tutaj. Powyżej, Obok. Na wznak. Na skos. Zawsze coś do zobaczenia i usłyszenia. Czasami to niemal apollińskie didaskalia. Ale częściej zbiegają zbyt natarczywsze emocje. Tak, jakby jeszcze brakowało odwagi na krzyk ostateczny, który zerwie zasłony. To się na pewno kiedyś wydarzy. Bogdan Frymorgen doskonale wie, albo przeczuwa, ile jeszcze musi tajemnic wyjawić, by ta Jego osobista, mało ortodoksyjna spowiedź, mogła ostatecznie ukoić.

Ta ważna książeczka przypomina duchowe ćwiczenia. Każde kolejne zdanie i każda szczerość mają wiele z ekspiacji, do której wszyscy tęsknimy po życiu tułaczym i wieloznacznym. Kiedy docierają do mnie książki Bogdana Frymorgena, wiem, że przeczytam je od razu, że nie zostawię na później. Zapraszają z ogromnym wdziękiem, dobrze dobranym światłem, znakomitą fotografią, czyjąś twarzą, fragmentem miasteczka, genialną przypowieścią. Wdzięk nie oznacza w tym przypadku lekkości. Przeciwnie. Wciąga nas natychmiast życie gęste, skomplikowane, dotykalne i symboliczne, w którym nie ma miejsca na zmyślenia i bohomazy. To właśnie ta pisarska pryncypialność decyduje o wartości tej książki. Decyduje również o wiarygodności samego Bogdana Frymorgena. Dobrze jest ufać Pisarzowi, z którym podróżuje się bez opamiętania, z najszczerszą wdzięcznością.

Dariusz Łukaszewski

„To prawda, że znaleźć siebie to nieprosta sprawa. Kto wie czy nie najtrudniejsza ze wszystkich spraw, jakie człowiek ma do załatwienia na tym świecie”.
Wiesław Myśliwski
Bogdan Frymorgen podąża za sobą od lat, depcze po piętach dawnemu sobie, osobom najbliższym, a także cieniom tych, którzy odeszli, jednak też w pewnym sensie nadal są obecni w ulubionych przedmiotach, książkach, wysiedzianym fotelu i w smaku jedynej takiej pomidorowej, w rodzinnych anegdotach i albumach czy przywoływanym w najtrudniejszych chwilach krzepiącym klepnięciu w plecy. Jesteśmy zbudowani z tych wspomnień, złożeni z okruchów pamięci zespojonych uczuciem, dobrze jeśli miłości, szacunku i uważności, gorzej, gdy w szczeliny owych puzzli wkradną się krople złości czy poczucia krzywdy. Te bowiem uwierają, nie chcą się zgrać z całością, bolą i nie pozwalają stworzyć obrazu, jaki chcielibyśmy pamiętać.
Bogdan Frymorgen, począwszy od „Okruchów większej całości” przez „Frymografię” i „Miniatury londyńskie”, po „Senę” i „Lanckoronę” oswaja i porządkuje siebie. W „Juesej” i „Raporcie z oblężonego umysłu” próbuje zaś zrozumieć i oswoić kapryśny, niespokojny świat. Przecież żeby w nim żyć należy znać dobrze jego prawidła i normy funkcjonowania, móc choćby w części je przewidzieć. Jeśli zaś nagle zaczyna on trząść się w konwulsjach, miotać niczym w tańcu Świętego Wita, pracę rozsupływania zaplątanych węzłów trzeba zaczynać na nowo. Warto mieć przy tym jakiś punkt zaczepienia, kotwicę czy koło ratunkowe, które nawet w razie największego kołysania utrzyma nas na powierzchni. Dla autora takim niezawodnym amortyzatorem jest rodzina, stale obecna w jego życiu i prozie, w jego fotografiach i myślach.
Lanckorona to miejsce na ziemi, gdzie cudownie się oddycha, słucha ciszy, ale też zakłóca ją stukając z niebywałą energią młotkiem w gonty na dachu i w inne czułe miejsca domostwa, dopominającego się swoją kruchą konstrukcją tej wątpliwej pieszczoty i stałej troski. Lanckorona zwana jest też miastem porcelanowych aniołów, niezwykłych widoków, malowniczych zakrętów, wzgórz i lasów. Autor znalazł tutaj azyl, do którego lubi przyjeżdżać, w którego łaski wkrada się czułą pieczą i zaangażowaniem. Wiadome przecież jest, że tak, jak kocha się ludzi, tak miłością obdarza się również miejsca.
Miał Sienkiewicz swój Oblęgorek, Schulz Drohobycz, Kafka Pragę, Joyce Londyn, a Huelle Gdańsk. Bogdan Frymorgen może nazwać się szczęściarzem, któremu dane jest dzielić swój czas i serce pomiędzy Londyn i Lanckoronę. To sama Lanckorona władczo go do siebie przywołała, skusiła i zatrzymała, by zapisał dla potomności jej obraz zmiękczony soczewką aparatu fotograficznego, przepuszczony przez wspomnienia o prababce Wiktorii, niegdyś tutaj zamieszkałej. „Magiczny trójkąt optyki światła i czasu stał się ołtarzem, na którym oddałem hołd tamtej dziewczynie, a przy okazji Lanckoronie” – pisze.
Co nam daje takie tropienie śladów po upływie dziesiątek lat, jak to, co widzimy, dogaduje się z naszymi wyobrażeniami wyrosłymi nadmiernie na drożdżach tęsknoty? Czy warto przykładać szkiełko i oko do powidoku zrodzonego z fantazji i oczekiwań, czy też może lepiej pozostawić wszystko tak, jak jest, niech biegnie własną trajektorią zdarzeń? To i wiele innych zagadnień zajmuje autora podczas lanckorońskich wakacji. Gdy „Świat naszpikowany jest kikutami uwiędłej miłości. Są upiorne. Przypominają front po artyleryjskim ataku wroga – rozstrzelane korony drzew gniją w okopach, z gałęzi płatami schodzi kora. Stają się próchnicą ku przestrodze lekkomyślnym kochankom i na pohybel rozwartym wargom i kończynom”. Gdy wokół nas fruwają drony i wrogie spojrzenia, granice straszą zasiekami, a niegdysiejsi sojusznicy toczą pianę z ust. Gdy uchodźcy wojenni szukają bezpiecznego miejsca, a bogaci stają się jeszcze bogatsi za sprawą wojennej retoryki.
Wtedy właśnie nie wolno nam opuszczać głowy, chować jej w skulone ramiona. Ratujmy świat, który nosimy w sercach i w pamięci, uwijmy sobie w nim gniazdko, wpuśćmy do niego najbliższych i znośmy tam dobro. Dobrem są wszystkie pastelowe obrazy przewijające się w myślach, jedne powidoki przywołują kolejne, te zaś zjawiają się natychmiast, jakby już czekały w kulisach. Wszystkie w sepii, owiane smużką tak dobrze pamiętanej wody kolońskiej i fajczanego tytoniu, spowite padającym z okna półcieniem. Babcia Helena, istne utrapienie rodziny, jej przeciwieństwo – obtoczony w poczciwości dziadczym Bronek. Miłość do języka angielskiego, jaką przekazał autorowi, zaowocowała pięknie londyńską życiową kartą. Jeszcze wspomnienie ojca, niejako dwubiegunowe, rozstrzelone. Matka z zatroskaną twarzą, czuła. Brat, żona, synowie – zbyt szybko dorośli. W dziadkowym afekcie do wnuków za to już sama radość i czerpanie niczym ze źródła żywej wody, wiecznej młodości, która wygładza zmarszczki i oliwi stawy zupełnie samoczynnie, bez najmniejszego wysiłku. Sama coś wiem na ten temat. Do tego w bonusie lanckorońska loża szyderców, miłe zakończenie dnia w blasku zachodzącego słońca. Jest tego trochę jak widać, by zrównoważyć grozę zewnętrznego świata, odgrodzić się od niego barykadą zbudowaną z uczuć i myśli.
Bogdan Frymorgen objaśnia nam mapę swojego życia sposobem poety-malarza, który wszystko postrzega w słowach i światłocieniach, z dużą wrażliwością na barwę emocji i ich odbicie w krajobrazie. Ma dobre oko i wyobraźnię. Potrafi ustawić przysłonę tak, by niewidzialne stało się widoczne, by nie umknął nam żaden szczegół. Lanckorona jest tutaj miejscem, ale i bramą do tego, co głębiej, w nim samym czeka na odkrycie. Mam wrażenie, że autor w skupieniu czeka, co też jeszcze mu się objawi, w którą stronę powędruje strumień myśli, jakie zakamarki serca i pamięci otworzą się, gdy będzie tak siedział w rynku, zanurzony w ciszy wieczoru, otoczony podnoszącą się mgłą, z zakazanym papierosem w dłoni, wypuszczając wolno kółeczka dymu niczym wielkie znaki zapytania.
Dorota Szczurek Sztukater
Autor

Format

120 x 205 mm

Oprawa

miękka

Fotografie

Bogdan Frymorgen

Ilość stron

94

Język

polski

ISBN

978-83-7866-820-6

Rok wydania

2025

Może spodoba się również…